Na przywitanie. I Plener SNF - 30.07-05.08


Mój blog. Nie będzie dojrzały, ani przepełniony naukową nomenklaturą. Nie ma mi przynieść sławy i pieniędzy. Ten blog ma być oprócz dzielenia się kawałkiem życia z kimś, kogo to interesuje, niejako moim narzędziem dyscypliny. Podsumowaniem pracy z miesiąca, może tygodnia. Potrzeba mi coraz częściej motywacji, a taki publiczny rachunek sumienia może być dobrą opcją.
Tyle słowem wstępu. Nie lubię postów powitalnych.
30 lipca wyjechałem razem z moją klasowo-fotograficzną ekipą pod dumną nazwą SNF (:P) na plener* w dolnośląskie pagórki. Oprócz samego wyjazdu postanowiliśmy z kumplem rzucić sobie wyzwanie. Do pobliskiego miasta pociągiem z Wrocławia, a później rower. Brzmi banalnie i łatwo. Też tak myśleliśmy. Raptem 15 kilometrów, przecież w mieście można przejechać to w 30-40 minut.
Nasz zawód był niesamowity, kiedy zobaczyliśmy nachylenie drogi. Odcinek, który planowaliśmy przejechać w 40 minut jechaliśmy grubo ponad godzinę, robiąc przerwy co kilometr przez ostatnie 5 kilometrów. Droga asfaltem cały czas w górę przy 33°C w pełnym słońcu i plecakami o wadze 30 kilogramów całkowicie ścięła nas z nóg po przyjeździe. Proces rehabilitacji wymagał kawy, wody, zimnego strumienia oraz leżenia w cieniu i podziwiania nieba.


Cały wyjazd oczywiście był nastawiony bardziej na odpoczynek, jednak samo miejsce w którym byliśmy sprawiało, że chęć robienia “czegoś” była z tyłu głowy od chwili zaparzenia kawy. Temperatury były naprawdę wysokie i ciężko było wstać z krzesła przed 17, kiedy słońce dawało już odrobinę cienia. Jednak, kiedy już ktoś wstał jako pierwszy zaczynała się prawdziwa magia. Wszyscy w jednym momencie biegli po sprzęt. Aparaty, obiektywy, statywy, oświetlenie i wszelkiej maści rekwizyty. Zdjęcia robiliśmy po kolei, tak, aby każdy mógł komfortowo i bez pośpiechu zrealizować swoją wizję, a nikt nie będzie go ponaglał. Rzadko się zdarzało, że przy jednym zdjęciu pracowała tylko jedna osoba. Była nas szóstka, a zaangażowane w zdjęcie najczęściej były cztery osoby.

Zdjęcie niestety nieostre, ale idealnie oddaje naszą dziecięcą radość i klimat wyjazdu.


Jest w tym coś niesamowitego, że w sześcioosobowej ekipie nie trafi się na takie samo zdjęcie. Czasami wizje możemy mieć zbieżne, ponieważ spędzamy czas razem, rozmiawiamy o zdjęciach i często się co do nich zgadzamy. Jednak specyfika pracy każdego z nas już pokazuje ogromne różnice. Od muzyki - z lub bez, ciężka lub lekka, po sposób poruszania - nerwowy, pełny energii albo powolny, dający czas na przemyślenie, zobaczenie, czy wszystko ze sobą współgra. Układ dnia był całkowicie inny do tego codziennego, w “normalnym” życiu. O 20 rozkręcaliśmy się przy zdjęciach, spokojna przerwa na kawę o 23 to też dosyć niecodzienna sprawa. Spać chodziliśmy blisko świtu lub tuż po nim. Taki tryb dnia nie dość, że pozwolił na całkowicie inne spojrzenie na świat, ale też pomógł oszczędzać energię, która w słońcu i tak była na znikomym poziomie.


Nie obyło się oczywiście bez jednej prawie całodniowej wycieczki do pobliskiego miasta, gdzie postanowiliśmy delikatnie je zwiedzić, ale głównie poszukać fajnych rzeczy w lumpeksach i chińskim centrum. Była to też okazja na uzupełnienie zapasów żywności, ponieważ to nie było takie proste. Razem z Mateuszem powiedzieliśmy, że więcej się nie podejmiemy drogi w dwie strony na rowerach i jeszcze z zakupami dla 6 osób. Nie ma sensu opisywać każdego dnia z osobna, ponieważ wyglądały one w pewnym sensie podobnie. Jednak to, co sprawiło, że niesamowicie wypoczęliśmy, to oprócz pracy przy zdjęciach dziesiątki godzin rozmów, świetna muzyka, czasami gitara wieczorem. Całe otoczenie gór, świeże powietrze, cisza, którą tylko my zagłuszaliśmy była świetną regeneracją, ale i inspiracją do kolejnych działań.
Wydaje mi się, że to krótkie, ale treściwe streszczenie naszego wyjazdu. Bawiłem się genialnie. Humor nie opuścił nas nawet w chwili otwierania bramy wyjazdowej. Oczywiście po powrocie do Wrocławia musiałem odespać to wydarzenie, ale niezapomniany czas ze świetnymi ludźmi nie sprawił, że byłem zmęczony, a naładowany energią.
Dziękuję Ci za czas poświęcony na przeczytanie. Mam nadzieję, że zbiorę się w sobie i będę wypuszczał posty regularnie. Jeszcze raz dziękuję niesamowitym ludziom za ten wyjazd!
Zdjęcia, które powstały podczas pleneru będzie można ujrzeć na profilu Instagram moim(klik) i reszty (niżej)




W ramach lokowania linki do profili :P Mateusz, Ania, Juliusz, Sylwia, Julia


Mateusz

*-wyjazd był organizowany prywatnie.

Komentarze

Popularne posty

Podsumowanie 2018

Listopad. Ciężko, ale produktywnie.